Drokpa

Wyżyna Tybetańska nie ogranicza się tylko do granic prowincji Tybet, ale zajmuje też pokaźne tereny prowincji Qinghai, Gansu, północnego Yunnanu, a także zachodniej części Syczuanu. Geograficzny zasięg tej unikatowej krainy pokrywa się oczywiście z jej kulturowym charakterem, jest to szczególnie widoczne w rejonach takich jak zachodni Syczuan, gdzie też niedawno odbyłem miesięczną podróż motocyklową. Dlatego skoncentruję się bardziej na tej części historycznego Tybetu, niegdyś noszącego nazwę Kham.

Szacuje się, że na przepastnych terenach Wyżyny Tybetańskiej żyje około dwóch milionów sezonowych koczowników posługujących się językiem Tybetańskim. Nie napotkamy ich tak od razu wjeżdzając na wyżynę od strony Yunnanu. Południowe tereny Syczuanu, chociaż często położone na wysokości blisko 4tys. metrów wydają się nieco bardziej gościnne pod względem klimatu niż kilkaset kilometrów na północ. Dlatego w okolicach Daocheng, oprócz typowych wysokogórskich, trawiastych stepów, napotkamy dolinki z niezwykle malowniczymi obrazkami tybetańskiej wsi. Złociste pola jęcznieniu z potężnymi, przypominającymi warownie domami rozrzuconymi po okolicy. Napotkamy również stada jaków, przy czym ich hodowla jest dodatkiem do aktywności rolniczej, nie jest traktowana jako jedyne źródło utrzymania. Sytuacja i krajobraz odmienia się kiedy ruszymy ledwie sto kilometrów na północ. Pokonawszy przełęcz w drodze do jednego z największych miast zachodniego Syczuanu, Litang, zobaczymy charakterystyczne, białe namioty. Im dalej na północ, tym więcej będziemy z daleka dostrzegali białych punkcików połyskujących gdzieś pośród pastwisk.

Okolice takiego miasta jak Shiqu, skrajnie wysuniętego na północny zachód Syczuanu tuż przy granicy z prowincją Qinghai goszczą obozowiska nomadów niemal co krok. I właśnie tam po raz pierwszy postanowiłem odwiedzić kilka z nich.  Jeden obszar najczęściej zajmują ludzie mieszkający przez zimę w tej samej okolicy. Każdy namiot jest oddalony od kolejnego conamniej o kilkadziesiąt metrów, ale ludzie zazwyczaj tworzą zaprzyjaźnioną społeczność. W ciągu dnia Tybetańczycy zajęci są codziennymi pracami jak wyrabianiem podstawowych produktów albo co często obserwowałem, niczym szczególnym. Dlatego zazwyczaj kiedy pojawiałem się w obozowisku nomadów, ludzie zawsze mieli dla mnie czas, a sąsiedzi często podchodzili żeby poznać przybysza. Schemat tych interakcji zazwyczaj wyglądał podobnie. 

Obozowisko, które najbardziej zapadło mi w pamięci było ledwie rzut beretem od wspomnianego miasta Shiqu. Kilkanaście białych namiotów, do których prowadziła kamienista dróżka, połyskiwało w świetle popołudniowego słońca. Zaparkowałem motocykl na tyłach i trzymając dystans do miejscowych psów, udałem się pomiędzy namioty i przystanąłem sobie w widocznym miejscu. Psy jak zawsze odezwały się pierwsze krótkimi szczeknięciami ostrzegając mieszkańców. Tutejsze mastiffy posiadają silny instynkt obrońcy, jako że od zawsze chroniły stada jaków i domostwa przed intruzami i drapieżnikami. Teraz uwiązane, ale kiedyś całe ich stada biegały samopas po okolicy rozmnażając się poza kontrolą. Cierpnie mi skóra na samą myśl. W końcu ktoś do mnie podszedł i z dozą początkowej nieufności wypytał kim jestem i co tutaj robię. Tym razem było to dwóch nastoletnich chłopców. Zauważywszy, że możemy się porozumieć na przynajmniej podstawowym poziomie, ich podejrzliwość z miejsca ustąpiła ciekawości, pytaniami o koszykówkę i wszystko inne co może interesować dzieciaki, które dużą cześć roku spędzają z dala od cywilizacji. Nim się obejrzałem, już siedziałem na zydelku w ich namiocie, a nim zdążyłem się odezwać, miałem w ręku podsuniętą herbatę z mlekiem i miseczkę z najlepszym jogurtem jaki w życiu jadłem. Wnętrze namiotu jest bardzo ciepłe i przytulne. Centralnie umieszczony piec jest najważniejszą częścią umeblowania i bez przerwy opalany wysuszonymi odchodami jaków i krów (bardzo wydajne paliwo) utrzymuje przyjemną temperaturę. Gdzieś w kącie leżą worki z zapasem opału, dalej ołtarzyk z figurką buddy, obrazkami lamów i ofiarą z produktów spożywczych. Umeblowanie uzupełniają posłania po bokach, jakieś wygodne siedzisko i stół. Podekscytowane dzieciaki zadają mi dużo pytań, a ja cierpliwie odpowiadam raz po raz zanurzając łyżkę w miseczce z jogurtem. Chcę zrobić wreszcie jakieś zdjęcie na co dzieciaki przystają z okrzykiem “Yes, okay” i chaotycznie gromadzą się ściśnięci na kanapie. Ledwie zdążyłem opuścić aparat, a największy z chłopców wykrzykuje nagle “nainai”, co oznacza po chińsku babcię. Rzeczywiście, w rogu namiotu zaraz po wejściu spostrzegłem spoczywającą na krześle kobietę w niemal zupełnym bezruchu. Na oko ponad osiemdziesiącioletnia staruszka wciąż nie zmieniając pozycji, ściskała w ręku koraliki modlitewne patrząc na mnie mglistymi oczyma, a ja w tym czasie zrobiłem jej zdjęcie. Nagle powrócił temat koszykówki i chłopaki wymyśliły sobie, że bardzo chcą żebym zagrał z nimi. “Nie umiem i nie lubię grać w kosza, ale chodźmy za zewnątrz, zrobię wam parę zdjęć jak gracie”-rzuciłem.

Kawałek za namiotem była ustawiona tablica do kosza na płaskim terenie, gdzie znudzone codzienną rutyną dzieci z pewnością spędzały większość wolnego czasu. Dzieciaki więc grały, a ja w tym czasie uwijałem się z aparatem i rozmawiałem z pojawiającymi się w coraz większej liczbie sąsiadami. Z reguły porozumiewamy się na poziomie bardzo podstawowym, tybetańscy nomadzi często nie mówią po chińsku albo jest on bardzo ograniczony. Z pogawędki wyrwał mnie czyjś nagły okrzyk: “gordo gordo”! Spoglądam w stronę skąd dobiegło nieznane mi słowo i ujrzałem kilka kobiet stojących w rządku jakby pozowały do czegoś… do zdjęcia, oczywiście. Po pierwszej grupce ustawiła się kolejna i kolejna, aż każdy sąsiad i każdy dzieciak chciał koniecznie mieć zdjęcie na pamiątkę. Zanim skończyłem z jednymi już gdzieś z boku słyszałem “gordo gordo” od kolejnych chętnych. I tak spędziłem czas na robieniu zdjęć ustawiających się kolejnych grupek, aż do znudzenia.

Niestety pora roku, w której przyjechałem nie sprzyjała obserwacji innych rodzajów aktywności jak przygotowywanie stad zwierząt, zaganianie ich czy wykonywanie innych intensywnych czynności związanych z życiem na trawiastych pastwiskach Wyżyny Tybetańskiej. Późna jesień to już okres, kiedy nomadzi spędzają całe dnie na odpoczynku w oczekiwaniu na przeniesienie się do zimowej bazy. Dzisiaj wielu z nomadów, o ile nie wszyscy, nie spędzają całego roku na pastwiskach, ale jak nakazał rząd, w monastyrach, wsiach pochodzenia z dala od miejsca wypasania zwierząt albo nawet w specjalnie wybudowanych kwaterach,. Zmiana stylu życia nomadów, prowadzonego od setek lat została wdrożona w ramach polityki ucywilizowywania prymitywnego trybu życia koczowników tybetańskich, co jest bardzo charakterystyczne dla poziomu wrażliwości i zrozumienia rządowych dygnitarzy. Ta polityka idzie w parze z wysiłkami na rzecz poprawienia sytuacji ekonomicznej biedniejszych regionów. I przyznać muszę, że wszystkie miejsca, które odwiedziłem po ośmiu latach w zachodnim Syczuanie urosły, stały się bardziej uporządkowane i kolorowe. Problem w tym, że życie koczowników zawsze toczyło się niejako bardziej obok i zastosowanie niektórych metod zmieni charakter tej społeczności na zawsze. Równolegle zarysowywane są plany rozparcelowania ogromnych obszarów trawiastych pastwisk wyżyny tybetańskiej, co z kolei uniemożliwi wolny i naturalny przepływ ludzi i zwierząt, a w konsekwencji może wywołać konflikty o dostęp do co lepszych skrawków ziemi, a według niektórych źródeł sytuacje takie już miały miejsce. W imię jakich ideałów i pod jakimi sztandardami to w zasadzie bez znaczenia, nie jest to pierwszy raz kiedy ludzie z pozycji władzy i własnej wizji próbują uregulować i uporządkować coś co od wielu lat toczyło się w harmonii i samowystarczalności.

Jednocześnie z ciężarem administracyjnym zaburzającym narutalny cykl życia trawiastych pastwisk dających życie wielu gatunkom zwierząt i ludziom, kolejnym czynnkiem, który będzie oddziaływał na dotychczasowy kształt życia nomadów jest technologia. Już teraz wszyscy mają telefony z dostępem do najnowszych trendów w mediach społecznościowych. Dalej w kolejce czekają różne klasyfikacje cyfrowe, kody qr i wszystko to co wymusza na nas cyfrowy świat. Jak bardzo futurystyczne by nie były zmiany zachodzące w społeczeństwach i wpływ technologii na nasze życie, nie ominą one nawet koczowników tybetańskich. Będą co najwyżej odwleczone w czasie. Coraz większa inwigilacja, systemy ocen obywateli z biegiem czasu będą odmienią to czym dzisiaj są nomadzi i nawet najbardziej odporni na skutki inżynierii społecznej staną się ostatecznie pożądanym produktem. Częścią składową jednolitego społeczeństwa, gdzie unikatowa kultura stanie się ledwie wartswą wierzchnią. Przedstawieniem na pokaz, które będzie można zobaczyć. Każdy turysta będzie sobie mógł zrobić zdjęcie z kolorowym “nomadem” przesiedlonym z pastwisk do pobliskiego miasta.

tibetan nomad child
tibetan nomad child
tibetan nomad woman portrait